2 dni w lesie

Opublikowane przez Piotr Natural w dniu

Każdy wie, że natura koi nerwy, rozładowuje stres, napięcie i pomaga się wyciszyć. Mieszkając w mieście fajnie jest przejść po parku, posłuchać ptaków i popatrzeć na drzewa. To relaksuje, ale, gdy potrzebujemy większej dawki witaminy Z (czyt. witaminy Ziemia) czas wyruszyć za miasto.

W poszukiwaniu pomysłu na wyjazd na łono natury, podczas którego miałbym szansę maksymalnie dużo czasu spędzić wśród drzew, trafiłem z polecenia znajomej na ofertę szkoły rzemiosła survivalowego W Miejskiej Kniei (podobno jedynej tego typu w Europie). Ponieważ nigdy nie bawiłem się w żaden survival, harcerstwo, ani inne tego typu przygody wybrałem zachowawczą opcję „2 dni w lesie”, które odbywały się w weekend w połowie września.

Do Makowa w woj. łódzkim pojechałem wraz z kilkoma innymi uczestnikami w piątek wieczorem. Na miejscu zastaliśmy organizatorkę Kasię, która siedziała przy ognisku przed domem wraz z parą znajomych. Była mocno zaskoczona naszym przyjazdem, gdyż spodziewała się nas w sobotę rano. Zwyczajnie pomyliła naszego maila myśląc, że chodzi o grupę rozpoczynającą 7 dni w lesie tuż po naszym przyjeździe. Pomimo zaskoczenia Kasia nie robiła nam problemu z wcześniejszego przyjazdu i zaprosiła do wspólnego wieczoru przy ognisku. Dodam tylko, że zainteresowanie warsztatami jest ogromne i na niektóre terminy miejsca rozchodzą się już pół roku przed wydarzeniem. Na to, w którym brałem udział, zapisanych było w Facebook ponad 1 tysiąc osób.

Noc spędziliśmy w szopie śpiąc w śpiworach bezpośrednio na sianie. To był mój debiut, jeśli chodzi o tego typu nocleg i muszę przyznać, że było bardzo wygodnie. Z obawy przed chłodem wziąłem 2 śpiwory letnie, ale w nocy musiałem je trochę rozpiąć, bo zrobiło się za gorąco.

O świcie powitaliśmy pozostałych uczestników. Przyjechali z różnych stron Polski, głównie z dużych miast. Jedna para przyjechała nawet z 14-miesięcznym dzieckiem. Przez chwilę żałowałem nawet, że nie zabrałem swojego 3-latka. Wreszcie wyruszyliśmy do lasu. Ziemia świeżo zmoczona deszczem pachniała przyjemnie. Wędrowaliśmy sobie spokojnym tempem ucząc się rozpoznawać niektóre drzewa i krzewy. Kasia rzucała ciekawostki o wieloletnich okazach, które mijaliśmy.

Po kilkunastu minutach spaceru dotarliśmy do osady. Tam czekały na nas drewniane szałasy, stół i krzesła – wszystkie zrobione bardzo prostymi metodami z cienkich drewnianych pni. Do tego gliniany piec i trochę narzędzi i naczyń, takich jak siekiera, piła, łyżki, miski i kubki. Rozpoczęliśmy pracę od suszenia naszych łóżek na noc, które również zrobione były z ułożonych obok siebie drewnianych belek wyścielonych słomą. Następnie zajęliśmy się gromadzeniem drewna na ogniska. W ruch poszły siekiery i piła. Niesamowite jest, ile drewna potrzeba, aby podtrzymywać ogień przez jedną dobę. Gdy w każdym szałasie płonęło już ognisko przyszedł czas na „zakupy w lesie”.

Spacer był zarówno wspaniałą lekcją przyrodniczą, jak i niesamowicie relaksującym doznaniem. Zebraliśmy sporą torbę dzikich gruszek. Zerwaliśmy trochę pokrzywy i innych ziół do zupy. Jednak przede wszystkim wypatrywaliśmy grzybów. To było moje pierwsze grzybobranie w życiu, więc bardzo chciałem znaleźć przynajmniej jednego, pięknego grzyba. Z początku było trudno, nikt nie mógł znaleźć niczego, co nadawałoby się do spożycia. Jednak im dalej zagłębialiśmy się w las, tym co raz częściej ktoś wracał z borowikiem. W końcu i mnie się poszczęściło i znalazłem 3 piękne okazy rosnące pod jednym z drzew.

Czas leciał nam bardzo szybko. Zanim przyrządziliśmy pyszny kompot i zupę grzybową z dzikimi ziołami zaczęło się już ściemniać. Gdy wreszcie zasiedliśmy do wspólnej późnej obiadokolacji każdy z przyjemnym spokojem usiadł do rozkoszowania się posiłkiem. Tego wieczoru przesiedzieliśmy kilka godzin przy wspólnym ognisku rozmawiając jak grupa dobrych przyjaciół.

Noc w szałasie nie była tak wygodna jak w szopie, jednak i tym razem nie można było narzekać na zimno. Następnego dnia czekały na nas nowe atrakcje. Zanim jednak dotarła do nas Kasia wybrałem się poza obóz nazrywać czeremchy na nalewkę. Po powrocie zabraliśmy się za plecenie koszyczków z trawy. Nie każdemu pasowało to zajęcie, ale dla mnie okazało się całkiem przyjemne. Ci, którzy nie chcieli pleść koszyków zabrali się za przygotowywanie piekarnika w wykopanym dole. Najpierw rozpalili na dnie ognisko. Następnie przysypali je ziemią, położyli na nią ściętą trawę i w środku umieścili różne warzywa i mięso. Następnie przykryli wszystko metalową siatką i na tym rozpalili kolejne ognisko. Po około dwóch godzinach mogliśmy już delektować się pysznym posiłkiem.

Chyba większość z nas wracając tego dnia do domu żałowała, że 2 dni w lesie minęły tak szybko. Oprócz nauczenia się kilku nowych zdolności, takich jak wzniecanie ognia z krzesiwa, czy łuku ogniowego, czy rozpoznawania niektórych roślin jadalnych w lesie miałem poczucie doładowania energią witalną. Przez te 2 dni spędziłem czas w fantastycznej atmosferze, wśród świetnych ludzi pracując ciężko, ale bawiąc się przy tym jak dziecko. Moje myśli nie uciekały do innych miejsc, czułem spokój i relaks. Polecam takie doświadczenie. Ja na pewno nigdy go nie zapomnę.

Terminy i informacje o warsztatach dostępne są na stronach:

https://wmiejskiejkniei.wixsite.com/wmiejskiejkniei

https://www.facebook.com/wmiejskiejkniei/